14 października 2018

ONE NIGHT IN BANGKOK


Czas najwyższy na ostatnia część tej wyprawy :) Oznacza to również powrót do jej początku, ponieważ wszystko zaczęło się od wylądowania w Bangkoku. Chciałam opisać to miasto w jednej notce, dlatego zostawiłam początek na koniec.

W Bangkoku chciałam spędzić kilka dni, ponieważ zwiedzanie dużych miast nie jest czymś, co lubię robić przez dłuższy czas, zdecydowanie bardziej odnajduję się wśród przyrody, na plaży, oglądając starożytne ruiny. Postanowiłam po wylądowaniu w Bangkoku najpierw pojechać do Kambodży i Singapuru, zobaczyć co jest do zobaczenia, potem wygrzać się porządnie na plaży w Phuket, zobaczyć ile czasu mi zostało i wrócić do Bangkoku na chwilę przed odlotem stamtąd z powrotem do Berlina.


W Bangkoku z Europy ląduje się na lotnisku Suvarnabhumi, jest to ogromny port lotniczy obsługujący setki tysięcy ludzi dziennie. Nic dziwnego, ponieważ lot do Bgk często są w promocji, a stamtąd można tanio dolecieć w dowolne miejsce w Azji. W praktyce oznacza to, że kolejka do kontroli paszportowej jest ogromna, tu widać tak 1/3. Idzie dosyć sprawnie, ale to nadal jakieś 40 min czekania. Podczas kontroli tak samo, jak wszędzie indziej jak dotąd, trzeba spojrzeć w kamerę i zostawić odciski palców, zostawia się kartę imigracyjną i dostaje się pieczątkę w paszporcie z maksymalną datą wyjazdu. Następnie z lotniska można wziąć albo taksówkę albo zjechać w dół na przystanek metra. My wybraliśmy metro.


A taki piękny pociąg po nas podjechał.


Nie byłam pewna czego się spodziewać po Bangkoku, Tajlandia różnie się kojarzy, zwłaszcza jej prowincja. Zobaczyłam miasto bardzo nowoczesne o raczej wysokim standardzie życia. Podobnie jak w Kambodży, nawet ludzie wyraźnie biedniejsi są ubrani jak spod igiełki, nowe, czyste ubrania, smartphone i torebki 'od projektantów'. Królował wszędzie Michael Kors oczywiście. Natomiast pierwszą rzeczą jaką zobaczyłam wychodząc z metra była reklama kliniki poprawiania estetyki genitaliów, skierowana  oczywiście do kobiet.

Wybrałam hotel o bardzo ładnych zdjęciach na bookingu i dobrych opiniach, jedyne 100zł za noc i blisko lotniska Don Muang, z którego lata Air Asia. Jak to zwykle bywa z bookingiem, hotel był w nieciekawej okolicy, bardzo trudno było go znaleźć nawet z pomocą taksówkarza. Na zewnątrz syf, zero jedzenia, ale pokój był całkiem ok. Wychodził na basen. Niestety jak zwykle, nie czuć chloru ani czegokolwiek, a woda niepodgrzewana. Boję się wchodzić do takich basenów, nigdy nie wiadomo co się tam czai.


W hotelu na recepcji było dwóch ladyboyów, uroczo ubranych, bardzo dziewczęcych. Dużo bardziej niż ja na co dzień. Żaden z nich nie wiedział co to jest Kambodża, więc nam nie pomogli w kwestii dojazdu tam. Zamówili nam taksówkę do centrum, musieli wyjaśnić taksówkarzowi, gdzie ma nas zostawić. Za kurs 40 min zapłaciliśmy 30zł, bardzo dobre ceny mają. Taksówki mają dość nietypowy regulamin, domyślam się, że podyktowany życiem.



Intrygowało mnie o co chodzi z tą kobietą z nutami, bo zakaz puszczania gazów jest dla mnie abstrakcją, ale widziałam to w kilku innych wersjach w taksówkach i tak, to jest zakaz puszczania gazów. Ale o ile rozumiem, że kierowcy się na to skarżą, to nie wiem o co chodzi z tym facetem prowadzonym na smyczy przez kobietę, ale domyślam się, że to trzeba brać dosłownie.


Pojechaliśmy do centrum, do obszaru, gdzie jest pełno domów handlowych licząc, że znajdziemy tam coś do jedzenia. Miał to być pierwszy posiłek od wylotu z Europy, więc byliśmy naprawdę głodni. Niestety okazało się to być bardzo trudnym zadaniem, w tej okolicy było tylko mięso. Na ulicznych straganach smażyły się na rożnach jakieś gryzonie. Happy Cow mi podpowiedziało miejsce w jednej galerii handlowej w tym rejonie, końcowo udało nam się tam dostać pizzę. Byliśmy padnięci po długim locie, podłamani, bo chodziliśmy szukając jedzenia już ponad godzinę, więc dobre było i to. Musieliśmy najpierw zapłacić w kasie za wszystko, co będziemy chcieli zamówić, potem iść do odpowiedniego stoiska z paragonem i zamówić. Kwotę do zapłaty pokazano nam na kalkulatorze, bo po angielsku ani me ani be. W, zagorzały wegetarianin dostał oczywiście pizzę całą w mięsie. Wyjaśnienie obsłudze, że tego nie zje i nie to zamawiał, otrzymanie właściwej pizzy zajęło mu kolejną godzinę. Napoju, za który zapłacił, nie dostał wcale przez dwie godziny, co skończyło kłótnią na migi. Obsługa nie rozumiała nawet tego, że jak ktoś zamawia i płaci za napój, to nie robi tego dla picu, tylko musi go dostać. Jak już zjedliśmy, to poczuliśmy się o wiele lepiej, ale byliśmy mocno zawiedzeni, zastanawialiśmy się co będzie dalej na tym wyjeździe, zwłaszcza, że nie minęliśmy po drodze ani jednego sklepu spożywczego.


Wydaje mi się, że Bangkok bardzo by się spodobał wszelkim Otaku albo fanom pop-kultury japońskiej. Łatwo tutaj znaleźć subkultury i ciekawe zakątki, sporo jest tez merchandisu anime. Generalnie dużo jest tu rzeczy, których mi brakowało w Osace i Kyoto, a tu nawet nie trzeba specjalnie szukać.


Wchodząc do centrum handlowego dobrze zapamiętać gdzie jest wejście/wyjście. Weszliśmy do jednego zobaczyć co tam ciekawego dają, a potem przeszliśmy ekstra ze dwa kilometry nie wiedząc jak się wydostać. Nie znalazłam niestety papierniczego, a może i na szczęście, bo bym utknęła na długo.


Było trochę sklepów z torebkami, ale na oko kiepskiej jakości, było trochę butów, biżuterii (kupiłam parę rzeczy, prawie od razu się rozwaliły), kosmetyków ale nic specjalnego, a cena wysoka. Ciekawe było ostatnie piętro, poświęcone elektronice. Można było tam dostać chyba każdy możliwy smartphone, oczywiście oryginalne ajfony, jeszcze w pudełkach. Nie mam pojęcia bladego, czy to podróby, czy oryginały wyniesione bocznymi drzwiami fabryki, ale nie był wcale takie tanie.


Kupiłam sobie prześliczny zwijany kabel usb, świecący tęczowymi ledami, w sam raz do power banka, oraz kartę micro sd 64 GB sandisk za 10 zł. Kabel jest super, natomiast karta poszła do kosza, nie zapisywała dobrze zdjęć. Było też sporo sklepów z setkami cover casów, niestety praktycznie nic do samsungów.

Udało mi się też znaleźć drogerię. Było w niej trochę ciekawych produktów, ale musiałabym się wczytać w etykiety, poszperać po necie co jest co. Było trochę ślicznych fandomowych opakowań, np. kolekcja Sailor Moon, ale za puder w kształcie broszki chcieli około 200 zł. Wyszłam ostatecznie z chusteczkami na katar i maskami w płachcie w ilości hurtowej, raczej na prezent, bo moja skóra ich nie lubi za bardzo.


Był koniec stycznia ale wszędzie stały choinki i szopki. Mi to nie przeszkadza absolutnie, wszelkie światełka i ozdoby powinny być jak najdłużej, aż przestanie być zimno, brzydko i ciemno za dnia.

Poszliśmy na stację pociągów i znowu próbowaliśmy się dowiedzieć jak dojechać do Kambodży, ale nikt nie wiedział co to jest Kambodża. I tu nie chodzi o kwestię językową, bo jak pokazywaliśmy na mapie gdzie chcemy dojechać, to upierali się, że nie wiedzą o co chodzi. Mieli minę jakbyśmy pytali jak dojechać na środek oceanu. W hotelu rano był inny Ladyboy, jeszcze bardziej uroczy, z diamentowym cover casem, kotkiem na ekranie, manicurem i wszystkim, co słodkie. Znowu poczułam się totalnie nieogarnięta przy nim, do tego wyglądałam jak 7 nieszczęść przez chorobę, nie słyszałam i nie mogłam mówić. Wezwał nam taksówkę na lotnisko, tam na szczęście bez problemu wiedzieli gdzie jest Kambodża.


Gdy wróciliśmy do Bangkoku (pozostałe miejsca opisane w poprzednich postach), uparłam się na taksówkę, ponieważ naprawdę są one tanie. Na lotnisku jest usługa taksówkarska, dostaje się numerek i czeka w kolejce aż podjedzie wolny taksówkarz. Miał zapłacone z góry, ale powiedział, że jeśli dopłacimy 10 zł, to pojedzie drogą płatną, ale szybszą, więc tak zrobiliśmy. Taksówki w Bgk są powolne, to trzeba im przyznać, ale po przylocie z Phuket byłam jeszcze bardziej chora niż wcześniej i nie miałam siły stać w metrze, chciałam po prostu usiąść i nie myśleć. Tym razem wybraliśmy bardzo popularny hotel Baiyoke Sky Hotel.


Hotel ma 88 pięter, nasz pokój był jakoś na 50 piętrze, nie pamiętam dokładnie. W hotelu znajduje się basen (na zewnątrz, pewnie niepodgrzewany), bar na ostatnim piętrze, ogromny szwedzki stół na 87 piętrze, bar owocowy, spa, trochę sklepów pod spodem. Pokój dostaliśmy ładny, łazienka marmurowa, ale niestety bardzo mało oświetlenia było, kilka żarówek daleko od łóżka. Poziom pokoju oceniam powiedzmy na trzy gwiazdki, w porządku, ale bez wow.


Na śniadanie trzeba było wjechać na 85 piętro, tam znajdował się szwedzki stół ciągnący się dookoła całego piętra. Było tam wszystko, stoisko z tostami, jajkami na wszystkie możliwe sposoby, naleśnikami, makaronem, ryżem, owocami, napojami. Śniadania europejskie, hinduskie, japońskie, chińskie, no wszystko. Do tego kucharze gotowali na bieżąco, zamawiało się naleśnika z czymś i kucharz przyrządzał. Ponieważ byłam chora, miałam ochotę prawie tylko na owoce, także moje śniadanie to była kawka, sok z guavy i taki talerz.




A taki mieliśmy widok.


Ten hotel okazał się być znakomicie położony. Znajduje się on na dzielnicy hinduskiej, gdzie była knajpa na knajpie z wege żarciem, stragany z owocami, salony masażu, wszystko, co trzeba. W końcu się solidnie najedliśmy.



Wieczorami na ulicy pod hotelem rozstawiał się targ nocny ze wszelakimi towarami. Obstawiałam, że to pewnie tam mieszkańcy zaopatrują się w te swoje 'markowe' ubrania. Markowe to niby owszem, były, aczkolwiek ceny też mieli niezłe. Tshirt niby Hugo Boss i cena 500 zł. Były też tańsze rzeczy, ale to nie było jeszcze to miejsce, gdzie Armani chodzi po 20 zł.





Po drodze zaszliśmy do ich apteki po coś na gardło i kaszel, maja tam taką sieciówkę. Patrzyłam co tam jeszcze mają ciekawego, bo mieli dużo kosmetyków ziołowych, oczywiście jak to w tym rejonie, na wysokości wzroku cała seria kremów do wybielania odbytu.



To wszystko oczywiście Rolexy. Rozpoznałam trochę towarów. Np. breloczki, które w znanej sieci księgarni chodzą po 30 zł, tu były za 10 i to bez targowania się, bo nie miałam na to siły.


Nie ma wyjazdu bez kokosa.


Następnym punktem programu było zwiedzenie pałacu królewskiego oraz zobaczenie ogromnego, śpiącego Buddy. Ponieważ byłam coraz bardziej chora, to cały czas spałam i po prostu nie doczytałam / nie pomyślałam, że tam by się wypadało odpowiednio ubrać. Założyłam to, co miałam akurat wyprane, czyli sukienkę. Przy kasie zobaczyłam zasady dress codu i stwierdziłam, że nie jest tak źle, ale dobrze wcale. Zastanawiałam się czy mnie wpuszczą i zrobili to jednak bez problemu.


Zwiedzających było bardzo dużo i praktycznie wszyscy byli zajęci albo pozowaniem albo robieniem zdjęcia.




Ciężko było wygospodarować sobie miejsce do zdjęcia, wśród innych pozujących. To jest najlepsze, co się udawało ugrać.







Widać było w wielu miejscach wpływ kultu Wisznu. Między innymi znajdowała się tam bardzo szczegółowa makieta świątyni Angkor Wat.



Podczas zwiedzania słyszałam język polski dosyć często, dużo tam było Polaków. Przeważnie wyrażali oni swój szok i niedowierzanie, że są tam inni Polacy.
- Janusz! JANUSZ!! Ja chyba słyszałam polski!!!!!!!
- POLSKI??? Tutaj? Niemoożliiiiweeee! Nie byłoby ich stać!!!#$%^

- Sebek, coś chyba słyszałam po polsku...
- Tutaj? Niee, wydawało Ci się, nie możliwe. Na pewno poza nami nikogo tu nie ma, bo jak?

I tak co 5 metrów, ponieważ akurat w Polsce były ferie zimowe i ludzie pozabierali swoje dzieci z podstawówek do Tajlandii, na co niektórzy zbierali szczęki z podłogi. Czemu ich to tak szokowało? Nie wiem, ale zalatywało Pamiętnikami z Wakacji. Czas najwyższy zanotować i zaakceptować fakt, że dzisiejszy 10latek często ma zwiedzone więcej świata niż 30latek, a Polacy jeżdżą teraz dużo i daleko.



Zwróciłam w pewnym momencie uwagę na to, że wiele osób ma na sobie brzydkie spodnie we wzory. Nic nowego w sumie, turyści takie luźne spodnie we wzory, ale czemu taka kulminacja tego właśnie tu? Wszyscy w słonie praktycznie, kolorowe, neonowe. Oczywiście nie był to przypadek.





Ciekawe ile osób ma swoje zdjęcia gdzieś po cudzych blogach, stronach, albumach na fb, bo po prostu musieli stać i pozować bez przerwy :) I tak na każdym budynku.



Do budynków, które były świątyniami, nie można było tak po prostu wejść. W środku trwała normalnie medytacja, można było zobaczyć, ale bez butów, bez cykania zdjęć, bez flesza itd. Przed wejściem dostałam fartuszek, bo sukienkę miałam tylko do kolan, a musiała być do ziemi. Bardzo fajne rozwiązanie.






Przy pałacu od razu znajduje się świątynia Wat Pho, a w niej Śpiący Budda. Jak skończyliśmy zwiedzać pałac, to poszliśmy tam. Po drodze zaczepili mnie turyści, pytali czy mnie wpuścili, bo facet miał szorty i słyszał, że nie wejdzie. Mówię, że tak, dostanie fartuszek gdzie trzeba. Następnie pod wejściem do świątyni zaczepiło mnie kilku facetów krzycząc na mnie, że nie wejdę w takim stroju, muszę od nich kupić te brzydkie spodnie w słonie... Odciągali mnie na bok zagradzali drogę, wydzierali co sił w płucach, bylebym nie weszła bez ich spodni. Wszystko jasne, oszukiwali ludzi, a ci płacili 50 zł za spodnie.


O takie właśnie spodnie. Za kasą biletową, w holu znajdował się gong. Wszyscy oczywiście musieli zadzwonić. Przy zakupie biletu otrzymywało się też butelkę wody, bardzo przydatną.


Ogromny zloty Budda leży wewnątrz świątyni, ma 43 metry długości i 15 wysokości. Na zdjęciach nie widać tego dobrze, na żywo robi duże wrażenie. Nie da się zrobić zdjęcia całości, bo widoczny jest tylko pomiędzy filarami, które stoją dość blisko siebie.


Wzdłuż niego znajdują się misy, wierzący chodzą wzdłuż nich i do każdej wrzucają pieniążek.


 Jak rozumiem, to jest drzewko ofiarne, są na nim pieniądze, ale też paczki po chipsach.


A oto poduszka Buddy.


A to jego stopy z masy perłowej.


W świątyni zapewniono przewodnik do wzięcia, pilnował go kocur, którego zauważyłam dopiero po dłuższej chwili. Był bardzo zajęty spaniem na słońcu.


Wszędzie było pełno takich parasoli, również z Budda to nie dekoracja, a najwięcej pod sklepem z pamiątkami, gdzie można sobie kupić trochę bibelotów z Buddą, do dekoracji.




Do świątyni na poniższym zdjęciu dostałam już cały kaftan z długimi rękawami. Każdy chciał zobaczyć piękne wnętrze, ale nie każdy chciał uczestniczyć w medytacji i niestety przyjęło to dość niepoważną formę. Ludzie siedzieli w pozycji do medytacji, robili zdjęcia z fleszem i dźwiękiem migawki, gadali za głośno. W świątyni był strażnik i posiadał prawdziwą plastikową pałkę i pałował nią przeszkadzających, atmosfera zupełnie jak w szkole na sprawdzianie. Na szczęście udało mi się cyknąć po cichu jedno zdjęcie i nie dostać po głowie.


Po wyjściu z kompleksu trafiliśmy na taką oto taksówkę. Niestety nie była do wynajęcia.


Znaleźliśmy riksze zamiast tego. Kierowca chyba uczył się jazdy w Indiach, pędził jakby się paliło, a do tego co chwilę przeciwnym pasem, pod prąd.


Po powrocie do hotelu zjechałam na dół, aby skorzystać z baru owocowego. Musiałam zapłacić jakieś pieniądze i mogłam skorzystać ze szwedzkiego stołu z owocami. Były tam raczej owoce rzadko spotykane, bo ideą tego baru było to, żeby móc spróbować jak najwięcej nowości.


Wesoło sobie ponakładałam różnych rzeczy, nie mam pojęcia nawet czego, bo nie zapamiętałam nazw. Był też durian i wszelakie przetwory z niego. Przy wejściu do baru pani miała stanowisko, na którym obierała duriany, miała ich ze 30. Jakoś nic nie było czuć, to nie tak, że jak się znajdzie jeden w pomieszczeniu, to już nikt nie może oddychać. Po mieście jeżdżą całe ciężarówki wypakowane durianami, bez plandeki, ale z plakietkami o zagrożeniu.

Już przy stoliku zobaczyłam kartkę z napisem, że za marnotrawstwo jest kara finansowa, nie pamiętam dokładnie kwoty, ale było to dość dużo pieniędzy, 500 bahtów, to jakieś 55zł. Dobra, spoko, przecież to owoce, jak ich nie kochać? Ugryzłam pierwsze coś i się skrzywiłam, było kwaśne. Ugryzłam drugie coś, było całe w syropie cukrowym i aż mdliło ze słodkości. Ugryzłam duriana, babeczke z duriana, kandyzowanego duriana. Talerz ledwo ruszony, a ja już wiedziałam, że przede mną ciężkie chwile. Żułam powoli, starałam się chociaż porządnie napocząć każdą rzecz, żeby nie było, że całkiem zostawiłam. Po wszystkim wyszłam trochę straumatyzowana ilością zjedzonego cukru i duriana. Niestety nie poznałam żadnego nowego owocu, którego bym chciała jeszcze w życiu spróbować.


Ostatniego dnia, po wymeldowaniu się poszliśmy na stację metra, która jest zaraz obok hotelu. Przeżyłam tam szok, ponieważ po wejściu na sporą wysokość (metro w BGK jest nad ziemią), zobaczyłam, że tory kończą się zaraz za przystankiem, a dalej przepaść żadnych barier specjalnych. Po prostu jeszcze nie zbudowali kolejnej sekcji. Mój lek wysokości natychmiast się uruchomił na turbo. A co jeśli przez pomyłkę pojedziemy w zła stronę? A jak on hamuje, zaczyna trochę wcześniej, żeby nie wypaść? A jak wypadnie, to czy umrzemy chociaż szybko? Metro przyjechało, zatrzymało się, musiałam wsiąść do środka i jakoś to znieść. Czułam się jak na tych filmach o superbohaterach, gdzie zawsze obrywa transport publiczny i w ostatniej chwile może ktoś ich ratuje, może nie. Gdy drzwi się zamknęły i poleciał sygnał do odjazdu, to był straszny moment, ale pojechaliśmy w dobrą stronę i przeżyłam jak widać.


Lot powroty był tak zły, jak tylko może być. Znowu powietrze 30 st buchające na twarz, zepsuły się telewizory. Obok nas siedziała od strony korytarza Rosjanka, która najpierw kilka godzin piła równo wódę, a potem zasnęła snem alkoholowym i nie było jak wyjść do toalety. Jedzeniem można by straszyć w horrorach. Na lotnisku w Moskwie byliśmy opóźnieni o godzinę, po wyjściu z samolotu musieliśmy iść od razu do bramki. Przejście przez security zajmowało jednak sporo czasu, bo ochrona zamiast wykonać swoją pracę zagadywała się z ludźmi jak informacja turystyczna. Jak już przeszliśmy w końcu, to zostało nam 10 minut do zamknięcia bramek i trzeba było szybko do nich dojść przez całe lotnisko. Nie mogliśmy więc nic zjeść po tylu godzinach. 


Lot z Moskwy do Berlina był jeszcze gorszy, powietrze było dużo gorętsze. Położyłam sobie na twarz maseczkę płachtową z aloesem, bo miałam już czerwone, suche placki na twarzy. Niestety to nie pomogło na to, że zaropiały mi oczy i nie mogłam ich rozkleić. Gardło mnie strasznie bolało. Było to dla mnie trudne, a jestem dorosła, niestety dzieci nie wytrzymywały i bardzo płakały, także do tego możecie jeszcze dołożyć wrażenia dźwiękowe.

W Berlinie wylądowaliśmy z godzinnym opóźnieniem, ale to nic, bus był na za dwie godziny. Poszliśmy do kontroli, przeszliśmy przez bramki, które rozpoznają twarz, ponieważ akurat wylądował też samolot pełen Brytyjczyków, a teraz każdego sprawdzają po 10 minut, wiadomo o co chodzi. Rosjan też bardzo powoli sprawdzali, więc kolejka była ogromna. Stanęliśmy nad karuzelą i czekaliśmy. System jest taki, że jest na niej określona liczba miejsc, nowe walizki są wrzucane dopiero, jak się zwolni miejsce. 200 osób czekało w kolejce do kontroli, wychodziły może ze dwie na 10 minut i to nie zawsze te, których walizki były na karuzeli, więc przez pierwszą godzinę prawie nic nowego nie pojawiło się na niej. Po dwóch godzinach dzwonił do mnie kierowca busa, że on już musi odjeżdżać, a to był ostatni bus. W kolejce do kontroli została jeszcze jakaś 1/4 ludzi, ale już było jasne, że ani jeden bagaż z Bangkoku nie pojawił się do tej pory na karuzeli. Wybłagałam u kierowcy, żeby dał nam jeszcze 15 min, sprintem do biura obsługi Aeroflotu, każdy musiał wypełnić formularz zagubionego bagażu, pani sobie musiała powoli go wklepać w komputer, potem dać potwierdzenie, też powoli. W się tym zajął, a ja pobiegłam kupić nam po kanapce i wodzie. 


Wylądowałam bez kurtki, butów zimowych i kluczy do mieszkania, bo to wszystko było w plecaku. Nie wiem co mnie zaćmiło z tymi kluczami, pewnie to, że nie zgubili bagażu w Kambodży, nie zgubili na samoobsługowym w Singapurze, przez tyle lotów na tej wyprawie nie zgubili. A klucze to metal, kolejna rzecz do wyciągania na bramce. Po dwóch godzinach jazdy busem do Polski byliśmy ledwo żywi, mi krew odpłynęła z twarzy, nie mogłam mówić, miałam jakieś zapalenie oczu, czerwone, suche placki na twarzy, do tego byłam zgięta w pół. Musiałam najpierw pojechać do rodziców po kopię kluczy, potem dopiero do siebie, na szczęście mam blisko. Wzięłam taksówkę, a taksówkarz mnie wypytywał o stan majątku. Gdzie pracuję, z kim, ile zarabiam, czy sama mieszkam, ile mam pokoi, a kim są rodzice, czy są teraz u mnie w domu. Wierzę, że ludzie są bezdennie głupi nieraz i naprawdę nie rozumieją jak głupie są te pytania, wiec nie chce z nich od razu robić złodziei szykujących się na atak, ale tak właśnie wygląda złodziej szykujący się na atak. Co mogę odpowiedzieć? Klepie biedę, jak żyć w tym kraju, a mieszka ze man brat komandos i rodzice są w domu, a do tego amstaff, adoptowany, totalnie patologiczny, ledwo go trzymamy w ryzach. Plecak przywiózł mi kurier do drzwi następnego dnia. 

Zapalenie oczu utrzymywało mi się jeszcze kilka dni. Gardła jeszcze 6 tygodni. To ostatni post o tym wyjeździe, więc podsumowując - jestem bardzo szczęśliwa, że zobaczyłam tyle cudownych miejsc. Spełniło się kilka moich marzeń. Niestety przypłaciłam to wszystko zdrowiem, ale koniec końców przeszło, wylizałam się, a wspomnienia zostały.



2 komentarze :

  1. Fajnie że pokazalas miasto od przyjazdu do wyjazdu a nie tylko same zabytki/ ciekawe miejsca. Świetne zdjęcia. Całkiem innu swiat od polskich realiow ale jaki magiczny.

    OdpowiedzUsuń
  2. Z przyjemnością przeczytałam od deski do deski. Bardzo ciekawie piszesz :). Marzy mi się taki egzotyczny kierunek. Ten drugi hotel robi wielkie wrażenie, śniadanie na tak wysokim piętrze to musi być przyjemność :). Z chęcią spróbowałabym owoców ze zdjęcia, nie ważne że sam cukier :D

    OdpowiedzUsuń